Wielogłos w mojej piwnicy

trzeci głos

 

W dniu, w którym wprowadziłem się do Kamienicy, ciągle słyszałem krakanie wron. Zdawały się być wszędzie, na płotach, dachach, krawężnikach i w śmietnikach. Większość nie zwracała na mnie uwagi, zajęta swoimi wronimi sprawami, ale ja poświęcałem im coraz więcej myśli. Dlaczego było ich tak dużo? Skąd się wzięły? Czy od teraz ich krakanie będzie budziło mnie co rano?

W dniu, w którym wprowadziłem się do Kamienicy, pani Róża, sąsiadka z parteru, zaczepiła mnie na klatce schodowej.

— Wprowadza się pan? Mieszkanie na poddaszu? — zapytała, chociaż wszystko wskazywało na to, że zna już odpowiedź.

Jej czerwono-złota podomka wiązana w pasie – trochę kimono, trochę szlafrok – wyglądała, jakby wykonano ją z cienkiego plastiku. Wisiała na niej sztywno, zasłaniając bardziej, niż podkreślając krągłości. Twarz pani Róży była trochę opuchnięta, z dołeczkiem w podbródku i prawie niewidocznym wąsem siejącym się rzadko tuż nad kącikami jej ust. Brązowe oczy otoczone siateczką zmarszczek i siwe pasma włosów w ciemnej grzywce.

— Tak jest – odpowiedziałem, chociaż nie potrzebowała mojej odpowiedzi.

W rękach trzymałem stos kartonowych pudeł, jedno na drugim, drugie na trzecim, a wszystkie w mniej lub bardziej zaawansowanym stadium zniszczenia. Większości nie chciało mi się zaklejać. Żadnego nie chciało mi się podpisywać. Nie było w nich nic cennego. Na niektórych wzrok przykuwały jaskrawożółte obrazki uśmiechniętych bananów. Znalazłem je wszystkie na zapleczu supermarketu.

— Nazywam się Róża, po prostu Róża. A ty? Przepraszam... a pan? Jak zwykle się zapędziłam, a nie znoszę, kiedy ludzie sami z siebie przechodzą ze mną na „ty”. Ale jednocześnie mam opór, rozumiesz, mam problem z mówieniem „pan” do młodszego mężczyzny. Oczywiście coraz trudniej mi spotkać mężczyzn, którzy nie są ode mnie młodsi!

Mówiąc o młodszych mężczyznach, uśmiechnęła się uśmiechem, który mógł w jej opinii uchodzić za kokieteryjny. Nie wiem, czy zwróciła uwagę na moje imię. Na pewno nie zwróciła uwagi na to, że pudła ciążyły mi w rękach, a na podłodze za mną, przy drzwiach wejściowych, czekało ich jeszcze kilka.

Pani Róża towarzyszyła mi, gdy zanosiłem swoje rzeczy na poddasze – wspinaliśmy się razem, wysoko po krętych schodach. Ona szczebiotała, ja odburkiwałem coś niezobowiązującego. Ilekroć mijaliśmy okna na półpiętrze, mój wzrok padał na wieżę neogotyckiego kościoła z ciemnej cegły. Miał strzeliste okna, witrażową rozetę nad wejściem i był jednym z powodów, dla których zdecydowałem się zamieszkać właśnie tutaj.

Gdy w rękach została mi ostatnia partia pudeł, pani Róża oddaliła się gdzieś, twierdząc, że za chwilę wróci. Dopiero teraz, kiedy nie przeszkadzał mi jej głos i obecność, mogłem dokładniej przyjrzeć się wyłożonym boazerią ścianom i ciemnym schodom. Z jedną nogą na najniższym stopniu, kierowany niezrozumiałym impulsem – a może coś poruszyło się w kącie mojego pola widzenia? – zerknąłem za siebie. Za moimi plecami również znajdowały się schody. Biegły w dół, głęboko w ciemność, prawdopodobnie do piwnicy. Zauważyłem, że ich poręcz była inna niż w reszcie Kamienicy. Nie biała, ale jaskrawożółta. Żółta farba, zupełnie niepasująca do reszty wystroju, wyglądała staro. Tu i ówdzie widać było na niej zadrapania i odpryski, brzydkie szramy i plamy kojarzące mi się z tłustymi czarnymi muchami, które obsiadły słoneczną poręcz. Agent nieruchomości nie wspomniał mi o istnieniu piwnicy.

— Mój drogi, zejdziesz tu do mnie? — Głos pani Róży dobiegał z dołu, stłumiony odległością i grubymi piwnicznymi ścianami. Słychać było w nim ekscytację. — Chodź do piwnicy, jest tu coś, co muszę ci pokazać!

W pierwszym odruchu miałem ochotę ją zignorować, udać, że nie słyszałem jej wołania. Odrzuciłem jednak ten pomysł, bo chciałem zobaczyć piwnicę Kamienicy, a ożywienie w głosie sąsiadki dodatkowo mnie zaintrygowało. Odstawiłem więc kartony i podszedłem do biegnących w dół schodów. Bordowa wykładzina, którą wyłożony był hol, urywała się nagle, odsłaniając szarą podłogę i pokrywający ją kurz. Złapałem się jaskrawożółtej poręczy, pod palcami czując rysy i muchokształtne odpryski farby.

— No chodź, chodź, muszę ci coś pokazać! — zawołała ponownie pani Róża i tym razem usłyszałem w jej głosie zniecierpliwienie. Byłem już w połowie schodów wiodących do piwnicy, zdziwiony tym, jak dzienne światło, które zaledwie kilkanaście stopni wyżej przepełniało przestrzeń, prawie całkiem znikło. Zupełnie jakby ciemne ściany wchłonęły je jak gąbka. Ledwo mogłem dojrzeć zarys drzwi piwnicy; wydawało się, że jedynym źródłem światła są żółte poręcze, tak jaskrawe, że prawie świecące w półmroku.

— Szybko! — krzyknęła pani Róża.

Przyspieszyłem.

Wtedy coś ciepłego dotknęło mojego ramienia, zsunęło się z niego i zatrzymało na moich plecach, tuż koło łopatki.

Ja również się zatrzymałem, ja i, na krótki moment, moje serce. Odwróciłem się i zobaczyłem, że to pani Róża stoi za mną, jej dłoń na mojej łopatce, brwi zmarszczone, a wyraz twarzy inny niż wcześniej. Wyglądało to tak, jakby dziesiątki jej mikromięśni mimicznych skurczyły się i spięły naraz, rzeźbiąc zupełnie nową twarz pani Róży.

Nie było możliwości, aby to ona wołała do mnie z piwnicy. Nie, jeśli to ona stała teraz tuż za mną, dotykając mojej lewej łopatki.

Skonsternowany, obróciłem się znów w stronę drzwi piwnicy, ciemności korytarza, prawie fluorescencyjnej poręczy prowadzącej w dół i oświetlającej drogę jak strzałka do wyjścia ewakuacyjnego. Klatka schodowa ciemniła się i milczała. Znów spojrzałem na sąsiadkę, która stała za moimi plecami z odmienionym wyrazem twarzy.

— Lokatorzy nie wchodzą do piwnicy — powiedziała. W jej głosie nie było już ani entuzjazmu, ani kokieterii.

— Dlaczego? — zapytałem.

— Należy do właściciela Kamienicy, żadne z nas nie ma tam dostępu. Ani klucza. Właśnie, my i tak nie mamy klucza. Piwnica jest zamknięta.

— Na pewno? Przysiągłbym, że ktoś tam był i coś wołał.

— Wołał? Co wołał?

— Jakaś kobieta,. Wołała do kogoś. Myślałem, że to do mnie, dlatego... — urwałem, bo nie wiedziałem, jak skończyć opowieść o dziwnym przesłyszeniu.

— Nie. Nie, na pewno nie. My nie schodzimy do piwnicy — powiedziała, i powiedziała to tak, że nie odważyłem się sprzeciwić, tłumaczyć ani spierać. Opuściła rękę, którą trzymała na moich plecach i skinęła głową w stronę miejsca, gdzie zostawiłem kartony. — To już ostatnie?

Pokiwałem głową.

Pani Róża, bez ostrzeżenia i zapowiedzi, pojaśniała. Jej głos zabrzmiał jak wcześniej:

— No to do dzieła! Musisz być wymęczony. Ja na pewno bym była. W ogóle łatwo się męczę, jeden upalny dzień i jestem do niczego. Na pewno chciałbyś już odpocząć w swoim nowym mieszkaniu? Poddasza są takie piękne. Ale bywają duszne. Tak, nie mogłabym mieszkać na poddaszu, naprawdę źle znoszę duchotę.

Wróciliśmy do holu, pani Róża przodem, a ja tuż za nią, noga za nogą, filtrując jej słowa. Idąc na poddasze, tylko kilka razy się odwróciłem, żeby spojrzeć w stronę piwnicy. Spodziewałem się, że ktoś stamtąd wyjdzie. Albo zawoła do mnie raz jeszcze. Nic takiego jednak się nie stało.

Już pod drzwiami mojego nowego mieszkania pani Róża pokazała palcem złoty medalik, który wisiał na mojej szyi. Zwykle chowam go pod ubraniem, ale musiał wysunąć się spod koszulki podczas przenoszenia pudeł.

— Dobra rzecz, taki medalik — powiedziała pani Róża. — Na pewno się przydaje.

Dopiero dzisiaj domyślam się, o co jej chodziło. Niestety wiem też, że nie miała racji.

*

drugi głos

 

Od dziecka noszę na piersi złoty medalik z twarzą Chrystusa. Chrystus, ledwie zarysowany na małym owalu wytartym czasem i dotykiem palców, ma szeroką aureolę, brodę i oczy skierowane ku dołowi. To ostatnie uważałem zawsze za ciekawe, bo o wiele częściej widuję Jezusów z głową zwróconą ku górze, ku niebu. Mój Chrystus pochyla głowę, jakby dumał albo się martwił. A może obie te rzeczy naraz.

Przede mną złoty medalik z twarzą Chrystusa nosił mój pradziadek, który umarł, zanim się urodziłem. Gdy umierał – na sztywnej poduszce szpitalnego łóżka, które wyobrażam sobie jako cienki materac na metalowym stelażu z regulowanym oparciem – złoty medalik spoczywał na jego piersi i z jego piersią unosił się i opadał, aż przestał. Moja babcia zdjęła medalik z twarzą Chrystusa z szyi pradziadka. Potem odłożyła go do skrzynki z tą biżuterią, której wprawdzie nikt nie chce, ale nie wypada się jej pozbywać.

Właściwie zawsze uważałem się za chrześcijanina – w pewien niekłopotliwy, doktrynalnie niezobowiązujący sposób. Chadzałem do kościoła jako dziecko. Przestałem jako dorosły. Poczułem potrzebę, by do niego wrócić, całkiem niedawno, tuż przed przeprowadzką do Kamienicy, i natychmiast tej potrzeby pożałowałem. Żałuję jej teraz, kiedy wiem już, co czeka na mnie w piwnicy.

Odbiegam jednak od tematu.

Kiedy babcia zapytała mnie, a miałem wtedy kilka lat, czy chciałbym nosić złoty medalik jej ojca, mojego pradziadka, zgodziłem się. Podobała mi się myśl o trzymaniu przy sobie czegoś, metalowego kawałka kogoś, kto był przede mną, a kogo nigdy nie poznałem. W moim domu mówiło się czasem o pradziadku. Pradziadek miał ciekawe życie i nieciekawą śmierć, bo symetria jest w przyrodzie rzadsza, niż by się mogło wydawać.

Kiedy przyjąłem od niej medalik – zawieszony na łańcuszku tak długim, że nie trzeba było go rozpinać – babcia powiedziała:

— Twój pradziadek nigdy się z nim nie rozstawał. Dostał go na chrzcie, o, widzisz, tam na drugiej stronie medalika jest wyryta data. To data jego chrztu. Kiedy byłam małą dziewczynką, opowiadał mi, że nie zdejmuje go, odkąd przytrafiło mu się coś takiego, że nie potrafił tego wyjaśnić. Niesamowita historia.

I zamilkła. Spojrzałem na nią. Siedzieliśmy w jej kuchni, przy stole przykrytym kolorową ceratą w owoce, nad talerzykami chałki z kruszonką i masłem. Cerata była zasypana okruszkami, które wymknęły się z talerza – ale tylko po mojej stronie stołu. Babcia patrzyła na mnie wyczekująco, a ja znałem już to spojrzenie. Ilekroć zaczynała snuć swoje opowieści, zmieniała się w wampira – tak jak wampir przekracza próg domu dopiero po otrzymaniu zaproszenia, tak babcia opowiadała historie dopiero wtedy, kiedy wyraźnie się ją o to poprosiło.

— Jaka historia, babciu? — poprosiłem.

— To było w czasie wojny. Bieda i głód aż piszczy. Twój pradziadek był jeszcze młody, ile to on mógł mieć? I wpadł na pomysł. Twój pradziadek, on zawsze miał pomysły. Postanowił, że zakradnie się do Niemców i wyniesie od nich jedzenie, najpotrzebniejsze rzeczy. Jak wymyślił, tak zrobił. Wypatrzył odpowiedni moment i któregoś dnia się zakradł. Wziął, co mógł, i już szykował się do wyjścia... aż tu nagle drzwi się otworzyły i twój pradziadek został przyłapany na gorącym uczynku. Ktoś wszedł do środka. Ale to nie był żołnierz.

Babcia umilkła. Wampir zastygł z jedną nogą nad progiem.

— A kto? — zapytałem.

— Diabeł — odpowiedziała babcia.

Teraz to ja zastygłem.

— Twój pradziadek opisywał mi go bardzo dokładnie. Kiedy wszedł, od razu zrobiło się ciemno i zimno. Diabeł był wielki i chudy, większy i chudszy niż jakikolwiek człowiek. Na pewno nie był człowiekiem. Miał na sobie długi, ciemny płaszcz i chodził krzywo, jakby utykał... Tato mówił, że miał kopyta zamiast stóp, albo może koźle nogi. Nie był tego pewny. Podszedł do niego, ten diabeł, kulawy i ciemny, i jego twarz też była dziwna. Krzywa, ostra, z jednym okiem ciemnym, a drugim jasnym, jakby szklanym. Jak kulka do gry. Podszedł do twojego pradziadka i jak się nie uśmiechnął! A zęby miał białe. Czasami w filmach widzi się takie białe zęby, białe jak pomalowane lakierem. I diabeł mówi do pradziadka: „Czy ty wiesz, kto ja jestem?”. A twój pradziadek na to: „Ty jesteś diabeł”. Odpowiedział mu tak, chociaż bardzo bał się mówić. Ale podobno czuł, jakby słowa same mu wypływały z ust. Mówił, że wypełzały jak żaby ze stawu.

— I co było dalej?

— Dalej ten diabeł się zatrzymał. Głowę zwiesił, myśli, myśli, a marszczy się, a nad czymś duma. I nagle się zmienia. Ale zmienia się dziwnie, mówił mi tato, zmienia się tak, że nagle po prostu jest już inny, ale bez stawania się. Rozumiesz? Zrobił się jeszcze większy. Rogi wyrosły mu na głowie, duże i pokręcone jak u starego kozła. I oczy miał czerwone, ogniste. A pradziadek jak na niego patrzył, to mu się zdawało, że diabeł zawsze tak wyglądał, od samego początku, odkąd tam do niego przyszedł. I nagle on mówi...

— Pradziadek czy diabeł?

— Diabeł. Diabeł podchodzi do pradziadka jeszcze bliżej i mówi: „Jestem, którym wydaje ci się, że jestem”.

Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Babcia, chyba, z namysłem. Ja próbowałem odnaleźć w sobie chociaż jedną myśl, która, w pełni ukształtowana, nadawałaby się do wypowiedzenia. Ale niczego takiego nie znalazłem.

— Pradziadek wyciągnął wtedy swój medalik z Jezusem. Ten, który trzymasz w ręce. I przysięgał zawsze, że to ten medalik go wtedy ocalił, bo diabeł na jego widok wrzasnął i zniknął. Wrzask! I już go nie było. Jak w baśni. Pradziadek postał jeszcze przez chwilę, a potem na szczęście się ocknął i uciekł do domu co sił.

— I to wszystko? — zapytałem. Zakończenie wydało mi się rozczarowujące.

— Tak. I nie. Potem przysięgał, że diabeł wracał do niego. Szedł za nim przez całe życie. Ale nigdy już nie podszedł tak blisko, jak tamtego dnia. Czaił się w cieniu. Czasem stał po drugiej stronie ulicy i patrzył. Czasem mijał twojego pradziadka gdzieś w tłumie i patrzył. Albo siadał niedaleko, na ławce w parku. I patrzył. I zawsze wyglądał jakoś inaczej. Zawsze był kimś innym, ale twój pradziadek wiedział. Dobrze wiedział, kto za nim idzie.

*

Być może pod wpływem opowieści babci, a może z całkiem innego powodu, ale pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, często śnił mi się sen. Sen, a właściwie koszmar, z którego zawsze budził mnie mój niezdarny krzyk. Płaski i popsuty krzyk człowieka bez kontroli nad własnym głosem.

W tym śnie siedzę w swoim dziecięcym pokoju, a może w kuchni babci. Wiem, że szkolne obowiązki mam już za sobą i mogę się bawić. Siedząc na podłodze, niezmordowanie ustawiam szeregi małych, szarych żołnierzy. Dochodzą do mnie odgłosy z salonu – mama znów maluje, a malując, nuci, mamrocze do siebie i tańczy. Nie robiła tego codziennie, ale ilekroć pracowała nad obrazem, robiła dużo bałaganu i hałasu, czasem do późnej nocy. Bywało, że później odsypiała większość dnia, a po południu brała się znów za malowanie. Rodzice często się o to kłócili.

— Mógłbyś tu na chwilę podejść? Przytrzymasz mi coś – woła mama z mojego snu.

Niechętnie odkładam żołnierzyka, w którym dostrzegłem właśnie potencjał bohatera wojennego, i idę do salonu, za głosem mojej matki.

Stoi na środku pokoju, wyglądając po prostu jak mama. Rozczochrane rude włosy, brudny dres roboczy, w jednej dłoni paleta, w drugiej pędzel, a ręce umazane farbą po łokcie. Nie patrzy na mnie, odwrócona tyłem. Patrzy na rozłożone na sztalugach płótno.

— Co mam potrzymać? — pytam.

Ani się nie odwraca, ani nic nie odpowiada. Milczy.

Cisza między nami zaczyna się dłużyć, a ja wyczuwam gdzieś, w kościach, a może w powietrzu, dziwność. Zaczynam czuć się tak, jak dzisiaj się czuję, kiedy oglądam horror, spokojną scenę, a muzyka w tle wznosi się i puchnie, dając do zrozumienia, że pod powierzchnią spokoju jest coś, czego nikt nie chce zobaczyć. Coś, co wszyscy chcieli zobaczyć.

Tylko że w moim śnie nie ma muzyki. Jest za to przedłużająca się cisza, kolorowy bohomaz na płótnie, plecy mamy w brudnym dresie, umazane farbą ręce w bezruchu, nieruchomo trzymające pędzel i paletę.

— Mamo? — pytam. I wtedy, w końcu, mama się do mnie odwraca.

Tyle że to już nie jest mama. Z naprzeciwka sztalug patrzy na mnie ktoś inny, obca kobieta o nieznajomej twarzy. Nieznajoma, ale w znajomych dresach mamy, z jej włosami, z jej pędzlem w ręce. Nieznajoma patrzy na mnie i nie ma w niej nic potwornego, nie jest straszna ani brzydka, ale jest obca, jest kompletnie, niewytłumaczalnie nie-mamą. Patrzy na mnie zimno i obojętnie, bez śladu współczucia, troski, rozpoznania, czułości. Nie ma między nami porozumienia – jest tylko obcość i obserwacja. I z jakiegoś powodu to przeraża małego mnie bardziej niż jakikolwiek potwór z szafy.

To właśnie wtedy budzi mnie mój płaski, popsuty krzyk.

*

— To ciekawe, co pan mówi. Ale... ja bym się tutaj skupiła na aspekcie tej... tej wielości. Ostatecznie u świętego Marka opętany człowiek mówi, że nazywa się Legion, bo jest ich wielu. Czyli mamy wielość. Kiedy Anneliese Michel twierdziła, że jest opętana, przedstawiała się różnymi imionami, czasem jako Kain, Lucyfer, nawet Hitler. Czyli mogłoby z tego wynikać, że bezpieczeństwo w sensie, no, religijnym i duchowym, wiąże się z próbą... sama nie wiem, uratowania jednostkowości? Odgrodzenia się od wielości, w którą człowiek mógłby wpaść i się rozpłynąć? Tak jakby stan opętania był niekontrolowaną wielością.

Gdzieś pomiędzy koszmarnym snem o zmieniającej się matce a moją przeprowadzką do Kamienicy dorosłem i będąc już dorosłym, wykładałem na uniwersytecie. Zwątpienie i zaangażowanie towarzyszyły mi w pracy w stosunkowo równych odstępach czasu, przekonując mnie, że podjąłem dobrą decyzję. Momenty zwątpienia, przeplatane okresami entuzjazmu, stanowiły dla mnie dodatek, niezbędną przyprawę, rodzynkę w cieście, na którą można się krzywić, a można też ją całkiem lubić. Po dziesięciu latach praktyki praca na uczelni coraz rzadziej zaskakiwała mnie czymkolwiek i z rzadka stanowiła wyzwanie. I nie widziałem w tym nic złego; im bardziej mechaniczne i rutynowe stawało się dla mnie nauczanie, tym bardziej czułem, że mam czas i przestrzeń, żeby skupić się na własnych badaniach. Nie tylko nie sądziłem, że coś jeszcze będzie mogło mnie zaskoczyć – nie chciałem też, żeby mnie zaskakiwało.

A potem poznałem Dziewczynę. Dziewczyna była studentką przygotowującą pracę magisterską o zjawisku opętania w religiach świata. Zjawiała się na wszystkich moich wykładach. Przez lata pracy nauczyłem się dzielić studentów na pierwszo- i ostatnioławkowych, tych, którzy notowali najzacieklej, chętnie zabierając głos, i tych, którzy nie notowali wcale, zabierając głos głównie wtedy, kiedy należało milczeć. Dziewczyna, jak na złość, nie wpasowała się do żadnej z tych kategorii – na pierwszym wykładzie weszła do sali sama, nie rozmawiając z nikim, przystanęła na środku sali, przyjrzała się rzędom stołów i usiadła w drugim od tablicy. Nie na początku, nie na końcu. Nie przy ścianie i nie przy oknie. Ale też nie na samym środku. Jakby celowo wybrała miejsce, które nie mogłoby przyciągnąć zwolennika którejkolwiek formy – jakby tym bezosobowym miejscem w salce wykładowej chciała podkreślić własną bezosobowość. Usiadła i uśmiechnęła się do mnie.

Czasami tyle wystarcza.

Przez dłuższy czas przychodziła do mnie – nie tylko na wszystkie wykłady, ale też na większość cotygodniowych dyżurów dydaktycznych. W którymś momencie zacząłem się zastanawiać, jak jej ciągła obecność zostanie przyjęta przez pozostałych studentów i pracowników naukowych. Czy jej wizyty oznaczały kłopoty? Dopiero później zadałem sobie pytanie, co jej ciągła obecność oznaczała dla niej, a na samym końcu – co oznaczała dla mnie. Niezależnie od odpowiedzi na każde z tych pytań, Dziewczyna przychodziła na wszystkie moje wykłady i większość dyżurów, a niepokój, jak zostanie to odebrane – jak patrzą na nas inni i za kogo nas uważają – osłabł, zastąpiony wyczekiwaniem momentów, kiedy ona się zjawi i wsunie głowę między drzwi a framugę. Bo tak zawsze robiła. Najpierw słyszałem jej kroki, gdy zbliżała się do gabinetu. Potem ciszę. Potem pukanie, trzy uprzejme stuknięcia, nie za głośne, nie za ciche. Potem ciszę. Na końcu zaś skrzypnięcie drzwi, kiedy jej głowa pojawiała się w środku – nieśmiały uśmiech na twarzy i obowiązkowe: „Czy nie przeszkadzam?”. Nie przeszkadzała. A gdy mój niepokój ustąpił, nie czułem z tego powodu żadnego wstydu.

Aż któregoś dnia nie przyszła.

O tym, że zabiła się w samotności swojego pokoiku w studenckiej bursie, dowiedziałem się dopiero dwa dni później. Nigdy za to nie dowiedziałem się niczego więcej – nie zostawiła mi żadnego listu, nie wysłała wiadomości ani nie przekazała pożegnania. Nie bardzo zresztą miałaby przez kogo je przekazać – nie utrzymywała bliższych kontaktów z nikim, a właściwie prawie z nikim, z nikim oprócz mnie, co zostało, zgodnie z moimi obawami, zaobserwowane przez studentów i pracowników naukowych. I chociaż nikt niczego mi nie zarzucił, studenci, którzy zwykli mnie witać, zaczęli na mój widok się odsuwać, tworząc grupkę szepczącą wieloma głosami, które wydawały mi się jednym. Jednolity wielogłos szepczący o jednym.

W którymś momencie szepty, spojrzenia i niezręczne milczenie zaczęły towarzyszyć mi stale i wszędzie, ale nigdy i nigdzie nie byłem pewien, czy to właśnie mnie dotyczyły. Szepty pozostawały na marginesie złudzenia, nigdy nie pozwalając na jednoznaczne wykluczenie paranoi. Zacząłem kwestionować, czy jest nawet jakiś „ja”, którego mogłyby dotyczyć; ciągle otaczał mnie nieprzenikalny filtr niewidzialności. I nie wiem sam, co było gorsze – to, że inni mnie uniewidzialnili, czy to, kim uczynili mnie w swoich szeptach i spojrzeniach. Czy istniałem? A jeśli istniałem, to czy faktycznie taki, jakim sobie siebie wyobrażałem? Jeśli inni widzieli mnie jako winnego, nieczystego – a było ich więcej ode mnie – być może taki właśnie byłem, winny i nieczysty, lub przynajmniej takim się stałem? A może byłem po prostu, jak bohater pracy Dziewczyny, wielością.

Bez oczywistej winy i dowodów nie mogło być oskarżenia ani kary. Nie mogło być jednoznaczności. A zatem nie było i spokoju.

Kilka tygodni po śmierci Dziewczyny przeglądałem książkę, którą kiedyś ode mnie pożyczyła. Trzymała ją dość długo i oddała na krótko przed swoją śmiercią. Podstawowe formy życia religijnego. Na ostatniej, pustej stronie zobaczyłem blade słowa napisane ołówkiem, ręką Dziewczyny. „Krakanie wron jak spieszące zegary”.

Nie wiedziałem i do dziś nie wiem, co chciała mi przez to powiedzieć, ale krótko po tym znalezisku zostawiłem pracę na uczelni i przeniosłem się do Kamienicy, do domu otoczonego szarą, piaszczystą pustką, z oknami wychodzącymi na szare, piaszczyste nic – i strzelistą wieżę kościoła.

*

Być może pod wpływem wszystkiego, co miało miejsce z Dziewczyną, a może z całkiem innego powodu, ale ostatnimi czasy często śnił mi się sen. Sen, a właściwie koszmar, z którego zawsze budził mnie mój niezdarny krzyk. Płaski i popsuty krzyk człowieka bez kontroli nad własnym głosem.

W tym śnie skończyłem już zajęcia, a studenci wychodzą z sali, która wygląda trochę jak kuchnia babci, a trochę jak mój dawny pokój w domu rodziców. Ja również wychodzę z sali wykładowej i idę do innej – do gabinetu, w którym odbywały się moje dyżury dydaktyczne.

W rzeczywistości do gabinetu prowadził wąski i dość ciemny korytarz – taki z przytłumionym pomarańczowawym światłem i parami identycznych białych drzwi. W moim śnie jednak nie ma korytarza, są tylko schody wiodące w dół, w dół i w dół. Ściany na klatce schodowej są pozbawione szczegółów, a szczątkowe światło nie ma koloru. Przestrzenie moich dorosłych snów zawsze były ubogie, tak jak i moja jawa. Czasami myślę, że samoświadomość włącza mi się za dnia w losowych momentach, a ja po prostu reaguję na sytuację, w której siebie zastałem. Jedynym wyrazistym elementem drogi, którą przebywam w tym śnie, są wiodące w dół schody. Schody i poręcz, jaskrawożółta i z mnóstwem czarnych pęknięć przypominających muchy.

Gdy dochodzę do drzwi gabinetu, pierwsze, co widzę, to wisząca na nich tabliczka, która nie ma sensu. Czasami znajduje się na niej nieprawidłowy numer. Czasami widzę na niej rysunek. Czerwona buźka namalowana sprejem, krzywa jak miejskie graffiti gorszego sortu. A czasem ciąg słów, które odczytuję szeptem:

 

krakanie wron jak spieszące zegary

hałaśliwie schowane za ostatnim tykaniem

gdzie w ziemię wrasta dom, popsuty jak nocny krzyk

schody w nim są głębokie jak korzenie, głos Boga i czas.

Tylko że nie rośnie tam czas

i chyba nie ma też Boga.

 

Bezsens, a może wiersz. Wchodzę do gabinetu.

Jego wnętrze mnie nie zaskakuje, jest takie samo, jak w rzeczywistości: z jednej strony szafy z jasnego drewna sięgają od podłogi do sufitu – w nich piętrzą się stosy książek, papierów, teczek, zeszytów i segregatorów. Naprzeciwko mnie jest okno, wysokie i strzeliste, a przez nie wpada zimne, szare światło. Jego chłód cuci, ale aura leniwego brzasku, ciężka jak tuż przed pojawieniem się słońca – usypia. Naprzeciwko szaf stoją biurka, komputery i obrotowe krzesła. Na jednym z krzeseł siedzi Dziewczyna i tylko ona nie pasuje do tej przestrzeni, tylko za jej sprawą przypominam sobie, że coś jest nienormalnie, coś jest nie tak. Bo przecież w rzeczywistości ona nie mogłaby tutaj siedzieć.

Wygląda tak jak wtedy, gdy przychodziła na moje zajęcia i dyżury. Wygląda tak jak zawsze, stwierdzam natychmiast, wystarczy mi szybkie spojrzenie w jej stronę. Drugiego nie chcę jej posyłać. Nie chcę się jej przyglądać.

— Profesorze? Wiem, że przyszłam trochę za wcześnie, ale akurat nie miałam nic do roboty, a nie chciałam już przekładać naszego spotkania.

— Nic się nie stało — odpowiadam jej i słyszę swój głos, ale nie czuję, żebym mówił; mam wrażenie, że moim głosem mówi ktoś inny albo jakby słowa po prostu płynęły mi z ust, wypełzały jak żaby ze stawu.

— Na pewno? Mogę przyjść później — mówi Dziewczyna. Zawsze zapewnia o swoich najlepszych intencjach i nigdy nie chce przeszkadzać.

— Na sto procent. Czym mieliśmy się dziś zajmować? — pytam, ale dalej czuję, że to ktoś inny pyta.

— Umawialiśmy się, że zerknie pan do mojego konspektu pracy... ale jeśli pan nie zajrzał, to mogę przyjść jakoś później. Naprawdę. Nic się nie stanie. I tak byłam w okolicy... — Plącze się, słowa wpadają na siebie nawzajem. Wiem, jak wygląda, kiedy jest zakłopotana. I chociaż wiem, to i tak podnoszę oczy, żeby na nią spojrzeć, choć obiecałem sobie, że nie będę się przyglądał.

Patrzę na Dziewczynę, ale widzę kogoś innego.

To już nie jest jej twarz, to twarz mojej babci, to jej siwe włosy i wełniany szal, to jej zapach. Ręce ma uwalane mąką aż po łokcie, plamę mąki na nosie – może piekła chałkę? Otwieram usta. Robię krok w tył, plecami uderzam w drzwi i, zaskoczony tym uderzeniem, zamykam oczy. Gdy znów je otwieram, na krześle naprzeciwko nie siedzi już babcia, ale matka, matka sprzed lat, młodsza niż dzisiaj. Ubrana w roboczy dres, ręce ma aż po łokcie uwalane plamami farby. „Trzeba było się lepiej zabezpieczyć przed malowaniem, ale, cholera jasna, zobacz, jaka mi wyszła oniryczna zjawa, bohaterka pierwszego planu, a wrona w tle i tak kradnie show” mówi matka i to jest obłęd, to nie jest normalne, więc raz jeszcze zaciskam oczy, otwieram i znów widzę Dziewczynę, jasne włosy, dżinsowa kurtka, szorty i ciemne rajstopy, ręce uwalane krwią aż po łokcie, i to jest obłęd, więc zaciskam oczy i nie chcę ich już otwierać.

Ale zaciskanie oczu nie sprawia, że nie słyszę głosu Dziewczyny. Dziewczyna brzmi jak gdyby nigdy nic, uprzejma i zakłopotana jak poprzednio.

— Profesorze? W porządku? — pyta. Milczę. Tym razem nic nie powiem. Nic...

— Jasne, wszystko w porządku, zamyśliłem się — słyszę swój głos. Mój głos odpowiada jej, spokojnie i swobodnie, a ja nie czuję, żeby wydobywał się z mojej krtani. Otwieram oczy.

Na krześle przede mną nie siedzi już Dziewczyna, babcia ani matka. Jestem tam ja. Patrzę na siebie znad ciemnych oprawek okularów, moja twarz jest zamyślona, taka sama jak w lustrze i na zdjęciach, a jednak dziwnie obca. Nie ma w niej złości i nie ma w niej zła. Tylko namysł.

I myślę sobie, skoro ja jestem tam i patrzę na siebie, to kim jestem ja tutaj, stojący tu i patrzący na siebie tam? Bo skoro jestem tam, to przecież nie mogę być i tu? I myślę sobie, że mój medalik miał odpędzać diabły, ale zdaje się, że nie działa.

Ja, który siedzi na krześle, ma brudne ręce, uwalane piórami posklejanymi czymś czarnym, kleistym, smołowatym. Uwalane aż po łokcie.

— Wyglądasz jak upadły anioł — mówi siedzący na krześle Ja.

I wtedy właśnie budzi mnie mój płaski, popsuty krzyk.

*

pierwszy głos

 

Nie pamiętam modlitw. Uświadomiłem to sobie dopiero, idąc w stronę neogotyckiego kościoła, którego wieżę widać z okna mojego nowego mieszkania.

Jednym z powodów, dla których wybrałem Kamienicę, było jej oddalenie od wszystkiego. Fakt, że była odrębna, oddzielona, ale pośrodku tego oddzielenia, w pustej i szarej przestrzeni, wyrastał kościół z ciemnej cegły, z kolorową rozetą nad wejściem.

W swoim nowym pokoju na poddaszu wyjąłem z pudeł tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę zostawiając w środku. Wyszedłem do otaczającego Kamienicę ogródka, choć skrawek jałowej ziemi wypełniającej przestrzeń pomiędzy żeliwną furtką a wejściem do budynku trudno nazwać ogrodem. Rosło tam kilka rachitycznych drzew, chyba martwych – były ciemne, bezlistne, o dziwnie powykręcanych konarach. Żeliwną furtkę ozdabiały dwie rzeźbione ryby, obie nieskończenie nurkujące w dół.

Zniechęcony przygnębiającym widokiem i niemniej przygnębiającym głosem śpiewającej fałszywie pani Róży, która kręciła się po swoim mieszkaniu na parterze, postanowiłem wyjść poza ogród Kamienicy. A może próbuję tylko nadać swojej decyzji pozór spontaniczności, podczas gdy tak naprawdę od początku wiedziałem, że wybieram się do kościoła.

Kościół był pusty i zimny. Zimny wydawał się w nim nawet zawieszony w powietrzu kurz i zapach dawno spalonego kadzidła. Podłoga pod moimi kolanami była kamienna, chyba marmurowa, czarno-biała jak szachownica. Mrużąc oczy, próbowałem przywołać z pamięci modlitwę do Ojca albo tę do Matki, ale słowa rozpływały mi się w głowie już po pierwszych wersach, a to, co przychodziło po chwili wewnętrznej ciszy, nie brzmiało prawdziwie. Zresztą, czy faktycznie przyszedłem do kościoła, żeby się modlić? Chłodny medalik z Chrystusem leżał na mojej piersi, pod koszulką, bardziej natarczywie niż zwykle.

Usłyszałem kroki, ale skupiony na własnej pamięci, nie zwróciłem uwagi na idącego. Ludzie wchodzą czasami do kościołów, nie wydało mi się to więc szczególnie ciekawe. Potem jednak idący dosiadł się do mnie, na tyle daleko, żeby mnie nie dotykać, i na tyle blisko, żebym poczuł napięcie, zewnętrzny i wewnętrzny przymus spojrzenia.

Podniosłem głowę i zobaczyłem księdza. Ubrany był w czarną sutannę, wysoko zapiętą, z koloratką pod szyją. Nie umiałem określić jego wieku – zatrzymał się w momencie nieopisania i mógł być zarówno poważnym trzydziestoparolatkiem, który postarzał się odrobinę za szybko, jak i dobrze trzymającym się pięćdziesięcioparolatkiem. Twarz miał surową, z wyraźnymi liniami łączącymi nos i kąciki ust i trochę zapadniętymi policzkami – ale pomyślałem sobie, że to dobra twarz. Może nawet dobrotliwa. Jasnoniebieskie oczy wyrażały cierpliwość i powagę, bure włosy były zmierzwione jak pióra. Miał wąskie usta i trochę skrzywiony nos. Uśmiechał się do mnie, ale bez przesadnej przymilności i chyba właśnie to mnie do niego przekonało.

— Szczęść boże — przywitałem go.

— Szczęść boże — odpowiedział. Miał szeleszczący, cichy głos, trochę nosowy, niewiele głośniejszy niż szept.

— Cicho tutaj dziś u księdza. Cicho i pusto.

— Tak? Myślę, że w kościele nigdy nie jest tak naprawdę pusto. Zawsze ktoś tu jest.

— To znaczy ksiądz? — zapytałem. Ksiądz się uśmiechnął, trochę krzywo, pod krzywym nosem. — A... chodzi o Tego na Górze?

— Z czym do mnie przychodzisz, synu?

Pytanie padło dość nagle. Podniosłem się z kolan i usiadłem na ławce, niepewny, czy mam ochotę odpowiadać szczerze, ale jednocześnie czując, że nie chcę odpowiedzieć niestarannie.

— Właściwie to z niczym. Przeprowadziłem się tutaj niedaleko. Rozglądałem się po okolicy, zobaczyłem kościół i pomyślałem, że zajrzę.

Pokiwał głową, milcząc, a cisza zachęciła mnie do dalszego mówienia. Czułem, że dawno nie mówiłem. Na pewno dawno już nikt mnie nie słuchał.

— Lubię kościoły — powiedziałem. — Zawsze robiły na mnie wrażenie. Witraże, atmosfera, obrazy... a może przyszedłem tu do kościoła, bo był mi potrzebny akurat dzisiaj. Albo od dłuższego czasu. Zresztą, może okaże się, że nie był mi potrzebny, ale człowiek musi próbować wszystkiego, co może mu przynieść odrobinę spokoju. Prawda?

— A skąd niepokój?

— No, może nie nazwałbym tego niepokojem. Bardziej... — zawahałem się, niepewny dziwnego słowa, które przyszło mi na myśl — bardziej dręczeniem.

— Różne już widziałem przypadki dręczenia. Zwykle stoją za nimi demony.

— Demony? — Uniosłem brwi. Poczułem się jak wtedy, kiedy babcia opowiedziała mi o dniu, w którym mój pradziadek spotkał diabła. Mieszanka zdumienia, przestrachu i czegoś jeszcze, co próbowałem zatuszować uśmiechem.

— O tak. — Ksiądz nie wydawał się ani trochę zmieszany.

— Diabły z piekieł? Z rogami?

— O tak. Strach, poczucie winy, wstyd. Diabły z piekieł.

— A tak. Takie diabły znam bardzo dobrze.

— Opowiedz mi o nich.

Wyprostowałem się, czując napięcie w barkach. Napięcie lubi gnieździć się w moich barkach i tuż przy łopatkach. Spojrzałem w twarz księdza – teraz wydał mi się trochę inny, starszy niż na początku, kiedy zerknąłem na niego szybko i chyba nie dość uważnie. Miał twarz starego człowieka, w jego zmarszczkach mieszkał cień rzucany przez kościelne kolumny i rzeźby. Światło zachodzącego słońca, które wpadało do środka przez strzeliste, neogotyckie okna, czerwieniły jego siwe włosy. Wyglądał jak płonąca pochodnia. Patrzył na mnie bystro, podkrążonymi oczami, które, pomyślałem wtedy, widziały już niejednego takiego jak ja, celowo-bezcelowo zwiedzającego okoliczne kościoły.

— Mój diabeł... jest młodą dziewczyną. A właściwie to nie. Na to nie zasłużyła. Może to ja jestem swoim diabłem? Sam nie wiem, chyba chciałbym móc księdzu powiedzieć, że nim jestem i że zrobiłem tej dziewczynie krzywdę, a teraz za to pokutuję, a przynajmniej próbuję. Albo chciałbym móc powiedzieć, że to ona była diabłem, który kłamał i mieszał, bo tak robią diabły, i wpędził mnie w kłopoty. Ale nie mogę tak księdzu powiedzieć. Mogę za to powiedzieć, że znalazłem się w sytuacji, w której nie ma znaczenia, kto jest diabłem i czy ktokolwiek nim jest. To, co ma znaczenie, to gdzie inni widzą diabła, a nie to, czy on faktycznie istnieje.

Odetchnąłem, czekając na odpowiedź księdza. On jednak milczał. Czując wstyd, przez dłuższą chwilę ciszy bałem się na niego spojrzeć. W końcu jednak milczenie stało się nieznośne – i wtedy spojrzałem. Ksiądz nie wydawał się już ani młody, ani stary. Miał nienaturalnie długą, smukłą szyję i niewielką, okrągłą głowę. Przechylał ją właśnie na bok jak ciekawski ptak. Wpatrywał się w mój medalik, który znowu wychynął spod koszulki.

— Ładny medalik — powiedział ksiądz. Jego głos też był inny, bardziej skrzekliwy, wyższy. — Wygląda staro.

— A... tak, jest stary. Należał do mojego pradziadka. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio wszyscy mnie o niego pytają.

— Nadaje się? — Ksiądz podniósł na mnie wzrok. Jego oczy, z początku jasnoniebieskie, teraz były niebieskie w nienaturalny, świetlisty sposób. Przecinały półmrok zmierzchu jak sklepowe neony, rowerowe odblaski, świąteczne lampki.

— Nie rozumiem? — powiedziałem, czując suchość w gardle. Chciałem uciec, wyjść, ale czułem, że nie mogę się ruszyć. Powietrze pachniało teraz inaczej, wyblakły zapach kadzidła zastąpiony czymś ostrzejszym, bardziej cielesnym, zwierzęcym, spoconym. Stacja drogi krzyżowej po mojej lewej stronie, upadający pod krzyżem Jezus, przedstawiała jelenia stojącego na dwóch nogach pośród drzew.

— Pytam, czy odstrasza od ciebie demony?

Kolorowy witraż, z początku przedstawiający zastępy aniołów z trąbami, teraz pokazywał stado niebieskich pawi o długich szyjach i barwnych ogonach. Ksiądz obok mnie stał się wielki, ogromne wysoki i nieludzko chudy, groteskowo wygięty – nienaturalnie zgarbiony, żeby utrzymać swoją twarz na wysokości mojej. Jego płonące oczy nie wydawały mi się już cierpliwe, ale wciąż wydawały się stare. Nieskończenie stare. A najdziwniejsze, najbardziej, kurwa, dziwne w tym wszystkim było to, że gdy patrzyłem na niebieskookiego stwora, to chociaż jego twarz była nowa i obca, wydawało mi się, że była taka od początku. Ale to przecież nieprawda, przecież ksiądz zmienił się na moich oczach.

Zawartość żołądka podeszła mi do gardła, ale sam żołądek zapadł się w brzuchu. W ustach zaschło mi tak, że górna warga przykleiła mi się do zębów, bezlitośnie odsłoniętych, błyszczących w półcieniu, nagich jak u czaszki, obnażonych jak u przerażonego psa.

— Ciężko odstraszyć coś, co jest wszędzie dokoła. I nawet w środku — dodał ksiądz trudnym do zrozumienia, półptasim głosem, w którym pobrzmiewało jeszcze więcej głosów, równie nieludzkich, wysokich i niskich, nakładających się na siebie.

Zamknąłem oczy, a ostatnią rzeczą, na którą patrzyłem, był ołtarz zastawiony dziesiątkami płonących świec, których przedtem nie było.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, gdy otworzyłem oczy, były wejściowe drzwi kościoła z ciemnej cegły. Stałem przed wejściem, wiatr wciskał mi się pod koszulkę, nie czułem zapachu kadzidła i było zupełnie tak, jakbym nigdy nie wszedł do kościoła. Sam nie wiem dlaczego, ale pociągnąłem za dużą metalową klamkę dwuskrzydłowych drzwi i wszystko wskazywało na to, że były zamknięte.

Kościół był zamknięty na klucz.

*

Kiedy dobiegłem do żeliwnej bramy z parą nurkujących w dół ryb, zewsząd słyszałem natarczywe krakanie wron. Nie zatrzymałem się, chociaż czułem, że nogi mam jednocześnie zbyt sztywne i zbyt miękkie, żeby biec dalej. Dobiegłem ścieżką do drzwi wejściowych, gdzie przez chwilę, która wydała mi się wiecznością, mocowałem się z zamkiem.

Wszedłem do środka. Po przeciwnej stronie korytarza drzwi od mieszkania pani Róży były otwarte – nie na oścież, ale więcej niż uchylone. Otwarte na tyle, że bez problemu mogłem zobaczyć jej sylwetkę, długą podomkę i kapcie. Pani Róża stała na progu swojego mieszkania i patrzyła na mnie nieruchomo, a jej twarz nie mówiła mi niczego. Nie miałem siły, żeby się przywitać. Nie wiem zresztą, co mógłbym powiedzieć. Serce biło mi zbyt mocno, oddychałem zbyt szybko, żeby mówić.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu – ja, dysząc ciężko, a ona nieruchoma, bez uśmiechu, ale i bez gniewu. Po prostu patrzyliśmy.

Po długiej – nie wiem jak długiej – chwili tej wzajemnej obserwacji pani Róża w końcu wyciągnęła przed siebie rękę, wnętrzem dłoni do mnie, z palcami rozstawionymi szeroko. Mniej więcej na wysokość twarzy. Machnęła w lewo, w prawo, i znów w lewo. Gest małej dziewczynki, powolny i sztywny, jakby była robotem zaprogramowanym do witania mieszkańców, którzy zatrzymali się w holu.

Potem opuściła rękę i powoli znikła w swoim mieszkaniu, połknięta przez cień korytarza jak przez biblijną podmorską bestię. Drzwi zamknęły się za nią cicho.

Teraz nie jestem wcale pewny, czy to była faktycznie ona. Myślę też, że ona nie rozpoznała we mnie – mnie. Może od naszego poprzedniego spotkania każde z nas zdążyło się już zmienić w kogoś zupełnie innego. A może oboje potrzebowaliśmy więcej czasu i światła, żeby się nawzajem określić.

Nie jest to aż tak ważne w perspektywie tego, co stało się potem. Zanim dotarłem na poddasze, usłyszałem głos, który dochodził z piwnicy. Wiele niewyraźnych głosów zbitych w jeden szept, które zdawały się mnie przywoływać. A ja – tak samo jak w snach, gdy słowa wychodzą ze mnie jak żaby ze stawu, chociaż wcale nie chcę ich wypowiadać – ruszyłem za wielogłosowym szeptem piwnicy.

Po schodach w dół, w dół i w dół.

*

Teraz stoję w ciemności przedsionka piwnicy, a jedynym źródłem światła jest chory blask popękanej poręczy. Patrzę na drzwi – których właściwie nie dostrzegam – ale widzę coś innego, coś jakby długi paznokieć w wąskiej szparze między drzwiami a podłogą. Nie palec, nie szpon, ale właśnie paznokieć. Jest na tyle długi, żeby stworzyć coś, obecność rzeczy, a raczej sugestię obecności – grę ostrego światła poręczy na pofałdowanej płytce paznokcia, nie więcej niż pojedynczy refleks.

Coś szeleści po drugiej stronie drzwi.

— Wypuść mnie, proszę — słyszę dobiegający stamtąd głos. Jest cichy. Ginie w drzwiach, grubych ścianach piwnicy, głuchej pustce i hałasie moich myśli. Nadstawiając ucha, z głową pochyloną na wygiętej szyi, zbliżam się do drzwi, uważając, by żadna z moich stóp nie stanęła zbyt blisko tej odrobiny paznokcia w szparze przy podłodze. Nasłuchuję. Cisza. A potem znów głos.

— Proszę... — mówi głos po drugiej stronie. Jest wysokim, czystym głosem dziecka, małej dziewczynki.

— P r o s z ę... — powtarza głos po drugiej stronie. Jest zachrypłym, bezdźwięcznym głosem starego człowieka, papierowym, zgaszonym i szarym. Rozbrzmiewa jakby bliżej mojego ucha, a może jest po prostu głośniejszy.

Proszę... — mówi głos po drugiej stronie, teraz już całkiem głośno, tuż przy moim uchu, i tym razem nie należy ani do starca, ani do dziecka, ale do nich obojga i do wszystkich pomiędzy; to już nie jest głos, ale wielogłos, i nie osoba, ale wielość. W jednym słowie wypowiedzianym za drzwiami piwnicy słyszę dziesiątki, setki, nieskończoność głosów mężczyzn i kobiet, dorosłych, starców i dzieci, słyszę głosy drżące na granicy łez, głosy ledwo skrywające gniew i głosy nieskrywające rozbawienia. Zimne i ciepłe. Połamane i całe.

— Kim jesteś? — pytam bez sensu. Czuję pot spływający wzdłuż kręgosłupa, wsiąkający w materiał koszulki pod pachami. Czuję chłód, piwniczne powietrze przewiewające mokrą od potu koszulkę.

— Jestem aniołem — odpowiada Wielogłos.

Jakaś część mnie zastanawia się, czemu Wielogłos jest wielogłosem. Czy próbuje mnie w ten sposób przestraszyć? Nie. Nie wiem na pewno, ale myślę, że Wielogłos z Piwnicy nie umie być inny niż wieloraki. I dlatego wiem, a przynajmniej myślę, że wiem, że nie jest aniołem. Bo wiem, a przynajmniej wydaje mi się, że wiem, że Dziewczyna miała rację – że opętanie oznacza rozmycie, odnalezienie w sobie cząstki jednostkowości i puszczenie jej, żeby odejść gdzieś, akceptując napływającą zewsząd inność mieszającą się z „ja”, które nigdy nie istniało.

Być może Bóg, jeśli istnieje, i być może anioły, jeśli gdzieś są, mogą pozwolić sobie na bycie kimś – na jedność, niepodzielność, trwałość i dookreślenie. Ale jeśli chodzi o nas i o wszystko, co upadło w czasach przed czasem, upodabniając się do ludzi, jesteśmy skazani na wieczność przekształcania się i stawania. Jesteśmy wielogłosami obserwowanymi przez inne wielogłosy. Od czasu do czasu wielogłosy wsłuchują się w któryś z naszych głosów, stwierdzając: to ty. To będziesz ty.

Jakaś część mnie zastanawia się, czemu nie mogłem spotkać na swojej drodze anioła. Czy to nie anioły powinniśmy spotykać w kościołach, czy to nie na takie spotkanie liczyłem? Ale zastanawiam się krótko, bo do głowy przychodzi mi całkowita pewność, że nie mógłbym spotkać anioła, nie ja, nie w mojej diabelskiej wielorakości i nietrwałości, nie ja, noszący poczucie winy za coś, czego nie zrobiłem, a może zrobiłem. Nie, do mnie nie mógłby przyjść anioł.

— Profesorze, proszę... proszę, nie może mnie pan tu trzymać. Muszę... chciałabym iść do domu... proszę... nie rozumiem, czemu mnie pan tu trzyma... — powiedział głos Dziewczyny za drzwiami piwnicy.

Wstrzymuję oddech, ale nie jestem zaskoczony, tak samo jak nie jestem tak naprawdę zaskoczony, ilekroć widzę ją w gabinecie ze swoich snów, tam, gdzie na drzwiach napisany jest wiersz. Schody, które zaprowadziły mnie do piwnicy, naprawdę były głębokie jak korzenie i czas. Nie wiem, jak z głosem Boga – nie wiem, czy jest głęboki, czy zupełnie inny. Myślę, że nigdy go nie słyszałem.

–— Kim jesteś? — powtarzam pytanie. Wszystkie dźwięki po drugiej stronie drzwi milkną na chwilę, dłuższą, na tyle długą, że można by uwierzyć, że nigdy nie było tam żadnych głosów.

Gdy stwór z piwnicy ponownie się odzywa, znów jest wielogłosem, kakofonią bardziej niż harmonią głosów. I być może to tylko złudzenie, ale wydaje mi się, że słyszę w tej kakofonii konsternację, a może nawet błaganie.

— Jestem tym, kim myślisz, że jestem. Będę tym, kogo spodziewasz się we mnie zobaczyć. Kim jestem?

— Jesteś diabłem z mojej piwnicy.

Teraz głos jest inny, ciemny i zimny jak sama piwnica. Tak mówiłyby węże, gdyby tylko potrafiły mówić. Pyta mnie:

— A kim jesteś ty?

Nie wiem, co mu odpowiedzieć. Postrzeżenia zmieniają się jak w kalejdoskopie, a my nie dostrzegamy nawet momentów ich przemiany. Wszystko wokół to tylko fioletowe, zielone, czerwone, niebieskie rozety z kolorowych szkieł nałożonych na siebie – kolorowe szkło i gra światła, obrazy, które mogą zmienić się pod wpływem najlżejszego drgnięcia ręki.

— Ty będziesz musiał mi to powiedzieć — odpowiadam w końcu.

Biorę wdech i otwieram drzwi od piwnicy. Okazuje się, że nie były zamknięte na klucz.

Robię krok w ciemność, bo wiem, że Wielogłos z Piwnicy i ja, my razem – pomożemy sobie nawzajem. Nawzajem określimy siebie w naszym nieokreśleniu.

Bo w końcu kim bylibyśmy bez siebie?

Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador